Lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte to czas przemian naszego kraju. Następuje zmiana ustroju politycznego, zachodzi wiele przeobrażeń społecznych i innych. Dla mnie i mojego męża to czas młodości i budowania życia rodzinnego oraz wychowywania dzieci. Do kościoła chodziliśmy w dniach, kiedy obchodzone były święta. Wiedzieliśmy, że Bóg jest, lecz nie znaliśmy Jezusa
i znaczenia bogactwa krzyża. W urzędzie, w którym pracowaliśmy z mężem, bardzo mocno podkreślana była laicyzacja.
Wykonując pracę zawodową, spotykaliśmy się z wieloma ludźmi, służbowo załatwiając ich sprawy. Bardzo często zdarzało się,
że przy załatwianiu sprawy mówili nam o Bogu. Słuchaliśmy ich.

Pamiętam, jak dwadzieścia cztery lata temu zostaliśmy zaproszeni przez jednego z tych ludzi do nowo otwartego zboru,
jako goście z całą rodziną. Panująca tam miła atmosfera, śpiewane pieśni, głoszone słowo i bardzo serdeczni ludzie sprawiali,
że przyjemnie było przebywać w ich obecności. Po tych uroczystościach zapraszano nas na następne nabożeństwa. Na jednym
z nich było wezwanie, na które ja odpowiedziałam. Oddałam wtedy swoje życie Jezusowi. Łzy same cisnęły się do oczu. Płakałam
i nie mogłam ich powstrzymać. Duch Święty wtedy bardzo dotknął się mojego serca. Od tego czasu, każdy dzień mojego życia wypełniony był wszystkim, co dotyczyło Boga. Uczęszczałam na nabożeństwa. Modliłam się w każdej wolnej chwili. Idąc, śpiewałam, chwaliłam Boga, czytałam Biblię. Przyjęłam chrzest wodny. Stałam się dzieckiem Bożym. Zachwycała mnie społeczność z Bogiem. Byłam radosna i szczęśliwa, ożywiona nową miłością. Nie zdawałam sobie sprawy, że owładnęła mną Boża miłość. Patrzyłam na życie, na ludzi, na otaczający mnie świat inaczej – nie tak, jak przed poznaniem Boga. Postanowiłam, że do końca moich dni będę szła za Jezusem. Po kilku miesiącach mój mąż i dzieci również oddali swoje życie Jezusowi. Przyjęli chrzest wodny. Postanowili również iść za Jezusem. Byłam bardzo szczęśliwa, że cała moja rodzina otoczona została łaską Bożą. Od tego czasu byliśmy w bezpiecznych Bożych rękach. Słowo Boże uczyło nas, wychowywało i karciło. Ufałam Bogu bezgranicznie, wiedziałam,
że to On, wielki Bóg, przeprowadzi, da wyjście, pomoże i przyniesie ratunek w odpowiedniej chwili. Był to trudny dla naszej rodziny czas, pozostaliśmy bez pracy, zachorował bardzo poważnie nasz syn. W tych również przeżyciach Bóg nie pozostawił nas samych. W krótkim czasie otrzymaliśmy następną pracę. Dobry Bóg zapewnił nam środki utrzymania.

Dziesięć lat temu, kiedy złamałam nogę, dowiedziałam się, że od przeszło czterdziestu lat choruję na stwardnienie rozsiane. Znałam tę chorobę z opowiadań. Poraża chorego w okrutny sposób, ale nie jest chorobą na śmierć. Kolejne rzuty choroby paraliżują losowo wybrane funkcje organizmu, doprowadzając do postępującego zniedołężnienia, a w końcu do utraty zdolności
do samodzielnej egzystencji. Po usłyszeniu diagnozy nie rozpaczałam. Obudziła się natomiast we mnie ogromna wdzięczność dla Boga, ponieważ zobaczyłam całe swoje życie — jak w perspektywie. Wszystkie wydarzenia po sobie następujące aż do chwili obecnej. Zaczęłam Bogu dziękować za Jego obecność. Nie wiedziałam, że kiedy byłam młoda dotknęła mnie tak poważna choroba. Dobry, troskliwy, litościwy Bóg zaopiekował się mną. Zapewnił mi wszystko, co może osiągnąć zdrowy człowiek. Postawił na mojej drodze świetnego chłopaka, który został moim mężem. Urodziłam dwoje dzieci i wychowałam je. Przez cały czas pracowałam zawodowo. Ukończyłam studia. Mam zapewnione świadczenie emerytalne. A najważniejszym wydarzeniem i ogromnym szczęściem, jakie mogło mnie spotkać, to zbawienie całej mojej rodziny. Cieszę się z bogactwa zbawienia jakim jest poznanie wielkiego Boga, mądrość z czytanego słowa Bożego i bojaźń przed Bogiem. Łaskawy Bóg zatroszczył się o moje dzieci, dając im za współmałżonków – osoby, które podobnie jak my stały się dziećmi Bożymi. Doczekaliśmy się z mężem kochanych wnuków. Życie tu na ziemi nie jest łatwym do przebycia. Przynosi wiele przykrych niespodzianek. Po czterdziestu czterech latach mojego pożycia małżeńskiego,
po ciężkiej chorobie, Bóg powołuje mojego męża do wieczności. Zostaję sama. Złe podjęte decyzje przez obojga małżonków
w jednym z małżeństw moich dzieci, po piętnastu latach małżeństwa, doprowadziły do rozpadu. Był to wielki cios dla mojej rodziny.

Gdyby nie obietnice płynące ze Słowa Bożego, mogłoby przyjść zniechęcenie. Jednak one dodają siły, patrzę w przyszłość
z nadzieją, a mą nadzieją — Jezus Chrystus.

W krótkim czasie po zbawieniu, pewnej nocy miałam sen. Nigdy nie pamiętam moich snów. Ten sen był zupełnie inny. Śniłam jak na jawie. Wszystko było bardzo czytelne, wyraźne. Widziałam w nim siebie, jadącą kolejką wąskotorową. Kolejka składała się z czterech odkrytych wagoników. Jechała dość szybko, po wąskich torach i bardzo szarej ziemi. Dookoła nie było widać ludzi, roślin ani zwierząt. Cała atmosfera wokół wyglądała jakby spowita szarą mgłą. Siebie widziałam na każdym wagoniku, jak
na przesuwających się kadrach filmu. Najpierw zobaczyłam siebie na końcu składu. Przechodziłam z jednego na drugi wagonik. Pociąg był przez cały czas w ruchu. Ja stałam na każdym wagoniku wyprostowana, niewzruszona, zapatrzona w kierunku jazdy pociągu. Było wietrznie. Moja podróż na tych dwóch wagonikach trwała dość długo. Później zobaczyłam siebie w trzecim wagonie, siedzącą w kącie na podłodze, opartą o burtę. Wiatru już nie było. Pociąg jechał, a mnie otaczał spokój i cisza. Nagle zobaczyłam siebie w czwartym wagonie, stojącą z podniesionymi rękoma do góry. Zachwyconą. Mój pociąg wraz ze mną wjechał do nieba. Zniknęła otaczająca szarość. Otworzyła się przestrzeń pełna kolorów, które trudno przyrównać do kolorów ziemi. Jasność, ciepło, błogość – uczucie, którego wcześniej nie doznałam. Emanował nastrój uniesienia, radości i niezwykłego szczęścia. Pamiętam,
że obudziłam się z szeroko otwartymi oczyma, myślałam, że jest to jawa. Chciałam jak najdłużej trwać przy tym obrazie ze snu. Opowiadałam wszystkim zachwycona, jaki miałam piękny sen. Nie rozumieli go. Ja również wtedy nie rozumiałam, że otrzymałam obietnicę od Boga.

Upłynęło wiele lat. Ja przez ten czas nieśmiało zaczęłam myśleć, że Bóg objawił mi moją drogę życia.

Teraz, po upływie 24 lat, Bóg przypomniał mi ten sen przez moją najmłodszą, trzyletnią wnuczkę. Włączyła płytę z nagraniami
dla dzieci. Usłyszałam pieśń w wykonaniu dzieci zatytułowaną „Chodźcie tu”:

„Chodźcie tu, pociąg już jest tuż, tuż,

Pociąg, co do niebios podąża bram,

Każdy, kto w niebie chce kiedyś być,

Musi wsiąść i zająć swe miejsce sobie sam,

Musisz przyjść do Jezusa, by do wejścia prawo mieć,

Więc postanów, czy do nieba jechać chcesz”

 

Byłam wzruszona i szczęśliwa. Przyjęłam słowa tej dziecięcej pieśni do siebie
i w pełni zrozumiałam sen z przed laty. Był Bożą wolą i planem.
Zapewnieniem mojej przyszłości.

 

Dziękuję Bogu, że pokazał mi przez ten sen moje miejsce po zakończonej pielgrzymce tu na ziemi.
Skorzystałam z przejeżdżającego pociągu do nieba tu na ziemi i wsiadłam do niego, i jadę w dobrym kierunku.

Przyszłam do Pana Jezusa, otrzymałam bilet do nieba, a tym samym prawo do wejścia.
Podjęłam przed laty bardzo słuszną, najważniejszą życiową decyzję – należeć do Jezusa. Przyniesie dla mnie ta ona ogromny zysk. Nie wiem, kiedy Bóg zabierze mnie do siebie, ale wiem, że będę w Jego Królestwie. Bóg jeszcze raz okazał mi dowód swojej wierności i miłości. Dziękuję Mu za to.
Teraz, z perspektywy czasu widzę Bożą obecność w naszym życiu i ogromną miłość jaką ma Bóg do każdego człowieka.